sobota, 23 lutego 2013

"spinka"

   Zatem - spinka pupy. Jutro Warszawa i "Gabinet Luster" w Domu Kultury Śródmieście. 17:00. Nie powiem - drżę. Jasne, to jeszcze nie paryska Olimpia, ale "wiadoma rzecz - stolyca". No i ma przyjść córka Stanisława Grochowiaka, a nawet dwie, Anna i Maria, czy też Małgosia, jak - zdaje się - mówiła o niej pani Ania.
   Będzie czad. Kto może - zapraszamy serdecznie. Jak mówi stare przysłowie katatoników, człowiek poruszony, to człowiek ocalony. To jest naszym celem. Wasze poruszenie. Nasze poruszenie.
   I nie zapominajcie o Walterze Egonie. 
   Oraz o argoth.pl

czwartek, 14 lutego 2013

"stopklatka"

   Zatrzymajmy się tu i teraz. Zajrzyjmy w głąb ciemnego korytarza. Spójrzmy pod światło na kawałek celuloidu. Niech w szklance perli się jagodowe wino, a wąska strużka dymu przecina promień światła strzelający z rozpalonego projektora. Albo odwrotnie. Zobaczmy ten film.
   Ściany otula lepka lamperia koloru zjełczałego masła. Nigdy go nie widziałem, ale dobrze brzmi. Tudzież nieźle wygląda. Na papierze. I przywołuje to, co zwykli ludzie zwykli nazywać wrażeniem. Wrażenie zaciskającego się gardła. Lamperia sięga sufitu, ale na wysokości "gdzieś tam" przyciska ją do ściany deska. Deski, układają się w długą, długą szynę. Niekończącą się szynę. Szyna biegnie dookoła świata, którego nie zobaczę. Nigdy albo prawie nigdy. "Prawie nigdy" nie jest alternatywą "nigdy". Jak życie jest alternatywą śmierci. Ale do rzeczy. Rzeczy mają to do siebie, że czy są, czy ich nie ma, rzeczywiście to coś zmienia.
   - Rzeczy, wiście! - mówię. Wydaje mi się, że mówię. Słyszę teraz, przed chwilą słyszałem, swój głos. Posłusznie przyklejam pod deską gumę do żucia. Wisi. Rzeczywiście.
   "Gdzieś tam" przebiega tor, którym jadą gumowane koła łóżek. Nasze łóżka mają koła na bokach, dzięki temu jadąc po ścianie nie kaleczą lamperii. Nie lubię słowa "kaleczyć". Byłem kaleczony, jestem okaleczony, kaleczę, okaleczam. Ot, życie. Nie śmierć.
   "Gdzieś tam" Misiek ma loda. Gdy już mu go zrobię, wali mnie w pysk i ląduję policzkiem, nosem, ustami gdzieś tam. Dzięki temu nie kaleczę i nie brudzę lamperii. Nie lubię słowa "dzięki". Dlatego go nie słyszę. Nawet od Miśka.
   - Pana Miśka, ty kupo gówna - to słyszę. Często.
   Zatem - reasumując, a niekiedy reanimując - nie sprawiamy kłopotu, gdy wiozą nas na elektrowstrząsy albo do cichej sali. Możemy sobie wierzgać, kopać, pluć, drzeć mordy do woli. Jesteśmy bezpieczni.
   Kiedy minie się już bezpiecznie ściany, natknąć się można na Marychę. Marycha to koleś, który całe życie stoi przy kuble z butami. O, teraz też.
   - Marycha, nie trzep się!
   Odwraca się do mnie. Język wywalony na brodę, gluty wiszące z nosa i zbrązowiała od dymu broda.
   - Odpiełdol se! - bełkocze wolno. Stoi i czeka, aż ktoś wejdzie przez drzwi. Zaraz go dopada i woła fajkę. Pali wszystko. Kawałki koszuli, papier toaletowy, kłęby kurzu. Zawija w kawałki gazet i wciąga. Jego dłonie wyglądają jak łby indyków. Nie może utrzymać zapałek. Ma opalone palce, pół nosa i wypaloną dziurę w zaroście wokół ust. Tego, co z nich zostało. Z brązowych pęcherzy sączy się osocze.
   Odwracam się. Fotele. Kubice. Mówimy na nie "kubice". Zarwane, nisko nad podłogą, wygniecione i uformowane przez ciała, których już nie ma. Ciała, które stały się już płatkami tulipanów. Tulipan też tu kiedyś przychodził. Lubił tulić panów. Kiedyś przytulił Miśka. A duży był, większy od Miśka. I zazdrosny był. Robił Miśkowi lody bez zaproszenia. A ten tylko "ty cioto" i "ty cioto". I chciał od każdego po lodzie. To się Tulipan poczuł nieswojo i przytulił Miśka, jak kiedyś jednego faceta, co do jego matki przyłaził i źle o niej mówił. Żebra mu się wbiły w płuca i w serce. Temu facetowi, nie Miśkowi. Misiek wydobrzał. A jak wrócił, to Tulipan miał wypadek i tyle go widzieli
   Obok kubiców sterczy automat z batonami. Nasza świątynia, święty pal, bóg, bóstwo, ideał, totem. Słodki fallus matki ziemi, pełen rozkosznych fallusików w białej albo ciemnej czekoladzie. Niebiańska Wieża nadziei i pragnień, stos uniesień, posąg westchnień, język wszechświata. Kto siedzi najbliżej - Król.
   - Smuta! List masz!
   Podbiegam do okienka portierni. Wyciągam rękę i dostaję po palcach patykiem, którym pani Stasia blokuje w nocy szybę.
   - Gdzie?! Nie do ciebie!
   Kiwam  ze zrozumieniem głową. Nie do mnie. Jasne. Skąd do mnie. Do mnie nie. Nie mnie do. Marycha siorbie nosem i stęka. To śmiech.
   - Masz - portierka wysuwa kopertę przez okienko - zanieś. Leży tu już z tydzień. Zara, kiedy to miałam nockę...?
Łapię kopertę i chowam za koszulę. Niech no tylko który zobaczy, zaraz mi zabiorą, żeby wąchać, oglądać, czytać i bić konia pod kocem. Nie dam. Ruszam w ciemny korytarz.
   - Ino nie zgub! - goni mnie krzyk pani Stasi.
   Nie zgubię. Z trudem powstrzymuję się od biegu. Korytarz ciągnie się jak tunel metra. Brnę. To leki. Wszystko w porządku. Wreszcie wpadam do sali. Kładę się na łóżku i nakrywam kocem. Udało się. To ja będę tym szczęśliwcem. Za chwilę. Będę wąchać, oglądać, czytać... Najlepsze przychodzą do tego młodego Wojtka z czwórki.
   Ukradkiem zerkam na kopertę. Sprawdzam, do kogo.
   - Walter Egon - czytam i otwiera się pode mną zapadnia.

poniedziałek, 11 lutego 2013

"Ławka Schadzek"

   Dlaczego Walter Egon przechodził? Jak uczynił to po raz pierwszy?
   Odpowiedź jest prozaiczna. Nie chciał żyć dłużej w tym świecie. Bardzo. Pewnego dnia odszedł z pracy, bo nie umiał wysłać wiadomości e-mail, a szef upokorzył go za to nad wyraz - właśnie wtedy osiągnął wewnętrzne, wystarczające ciśnienie, by odnaleźć, otworzyć a może stworzyć - przejście.
   Czy się zdziwił?
   Tak, ale najbardziej zaskoczyło go owo uczucie - ni to ulgi, ni rezygnacji, które opadło go, gdy pierwszy raz rozejrzał się po Sepii. I jakby nigdy nic, siadł na ławce schadzek.
   Po południu przycupnął tam szary gołąb, by dziobnąć co nieco z pozostawionej kanapki. Szarpnięty dziobem papier sfrunął w kałużę. Granatowy atrament powoli rozpływał się w ciemnej wodzie, w której odbijała się pusta już ławka. Litery znikały. Poezja umierała.

drugie śniadanie z Anną Marią


po mojej zadymionej stronie zwierciadła
nazywasz się Barbie Turan jesteś zapomnianą matką
i niechcianą kobietą kiedy w poobiedniej porze
spotykamy się wędrując z wiadrami Aleją Pomyj
uśmiecham się do ciebie nieśmiało w nadziei że
opowiesz mi znowu o swoich porzuconych myślach
i naszyjnikach z pastylek mieszkamy

przez ścianę szare kwiaty kwitną u wezgłowi pordzewiałych łąk
chrobot z którym zbierasz je wieczorem
to nasz tajemny kod dlatego nie pozwalam ci obgryzać paznokci
w nagrodę doktor Post wypuszcza mrok piętnaście minut

później jest jesień
nad głowami przelatują teraz ptaki albo chmury karmisz je bułką
rozganiasz wierszami nawet Phill Pedo który czeka na wyrok
w izolatce jest pewien że posiadłaś tajemnicę lotu ale on jest
obłąkany nie potrafi zabić much mieszkających w szklance
nazwał je Zbrodnia i Kara jedzą mu z ręki

jest jesień rano
szron smakuje jak manna z nieba chuchamy w dłonie
żeby ogrzać w nich blaszane serca i plastikowe kubki
portier wypuszcza na spacer tylko wybranych wśród nich
ani mnie ani ciebie dobrze że pięknie śpiewa kiedy inni
zbierają posiwiałe liście my słuchamy pieśni
o nieśmiertelnej chorobie i nieuleczalnej miłości
za które przyjdzie nam zapłacić zakochani w fotelach
wchłaniamy ciepły baryton gdy nasze stopy biegną
ku sobie po posadzce z rękami na plecach

sypiemy im ukradkiem okruchy
na drugie śniadanie

                                               2010-2011 (22.05/18.09)

wtorek, 5 lutego 2013

"Moje życie z Barbie Turan"

To nieprawda, że żyje się tylko raz. Każdy żyje niezliczoną ilość razy. Ale nie raz po razie. Wszystko toczy się w tym samym czasie. To trochę tak, jakby jednocześnie wyświetlać na ekranie wszystkie dostępne filmy. Patrząc z wygodnego, wyściełanego bordowym aksamitem fotela, nie jest się w stanie odróżnić nakładających się na siebie klatek. Ale co innego, gdy uda się wedrzeć do kabiny projekcyjnej, porwać kawałki kliszy, najlepiej z kilku rolek. O, tak. To zupełnie co innego. Tyle, że większość z nas po prostu wgapia się w ekran, nie wiedząc, że filmy są ponakładane, a w kabinie operator właśnie obściskuje pulchną sprzątaczkę, pociągając co rusz ze szklanki łyk jagodowego wina. I zupełnie nie interesuje go, co jest grane.

- Skąd się tu wziąłem? A co, myśleliście, że nie wrócę? I co mam wam, niby, powiedzieć? Prawdę, mówicie. Którą prawdę? Aha, prawda jest jedna… No, popatrzcie. A może, w istocie, chcecie po prostu wyciągnąć ode mnie, gdzie ukryłem jej dziennik. Jak to, czyj? Głupa ze mnie robicie! W dupę mnie pocałujcie, gnoje w bielutkich kitlach! Spieprzaj z tą strzykawą! Weź te łapska! O, ja pierniczę! Ale szpryca! Ale żyłę wydęło! O, kułde! Dobła, już dobła… Załaz… Pytaj, kundlu… Jak? Tak, nazywam się
Walter Egon.
Tego dnia zadali mi jeszcze całe mnóstwo innych pytań. Na pewno. Nie pamiętam, co prawda, ani jednego, ale na bank powiedziałem im wszystko, co wiedziałem. Nie przypalali mi nawet paznokci, jak Skeletowi. Musiałem nieźle śpiewać, bo podobno po dwóch godzinach spałem już słodko na pryczy w cichej sali. W pasach, dławiąc się śliną, charkocząc i rzężąc zapadałem w ożywczy, głęboki jak otchłań sen.
* * *
- To koniec. Teraz wiesz już wszystko – spokojnie dodał Walter Egon i wyszedł. Drzwi zamknęły się za nim powoli. Zamek szczęknął, jakby na potwierdzenie, że to wszystko prawda. Czas płynął nieubłaganie. Słowa rozmywały się, kroki cichły w hotelowym korytarzu a gołębie zerwały się z parapetu. Tykał zegar, choć stukot wahadełka zanikał w dochodzącej zza okna wrzawie bawiącego się tłumu. Anna Maria spojrzała na błyszczącą okładkę brulionu. Zerkała z niej piękna dziewczyna, z kokieteryjnym uśmiechem na posrebrzonych ustach. Nie widziała jeszcze takiego.
- „Walter Egon, wiersze” – przeczytała szeptem.
Uchyliła okładkę. Ku jej zziębniętym stopom sfrunęła niewielka karteczka. Podniosła ją i zbliżyła do świecy. Bilet do teatru, dla dwojga. Data: 21 grudnia 2011 roku. Premiera.
- Więc to prawda - westchnęła. Na białą kartkę spadła mała kropla. Za oknem strzeliły pierwsze race. Rozdzwoniły się dzwony. Zaczynał się właśnie nowy, 1927 rok.


poniedziałek, 4 lutego 2013

"nowosłowie"

Taka na przykład "mendalność". Co to takiego? Mentalność mendy. Znamy? A jakże!
Staję w markecie w kolejce do kasy. Kilkanaście osób przy jednej, przy drugiej, trzeciej. Bez szans. Każdy patrzy niecierpliwie na panie przesuwające przed skanerem różne towary.
- Proszę do drugiej kasy - słyszę z boku, lekko za plecami. Do pustej kasy idzie wezwana dzwonkiem dziewczyna. Z kolejki obok, z samego końca rzuca się w stronę "dwójki" stary dziadek, na oko z osiemdziesiąt pięć lat, z chlebem i kalafiorem w rękach. Trafia mnie suchym łokciem w żebra i staje przy gumie. "Current leader".
Tuż za nim lokuje się mały chłopak.
- Mamo, mamo, tutaj!
W zasadzie powinien stać na końcu, dopiero podeszli. Rozglądam się, bo wydaje mi się, że do szczęśliwej dwójki muszą podejść ci, którzy stali przede mną. Ale gdzie tam! W walce o trzecie miejsce zderzają się ze sobą dwie kobiety. Warczą. Zaczną gryźć. Czekam, niech się wszystko ustali, i tak zyskuję kilka lokat. Podsuwam się wreszcie, ale wtedy z kolejki do siódemki, z samego końca, wciska się przede mnie, gniotąc mi stopę, wózek pełen zakupów. Odwracam się.
- Chyba jakieś zasady obowiązują - mówię, sycząc z bólu.
- No, bo pan się tak zastanawia - burczy do mnie kobieta, ustępując mi niechętnie.
To właśnie jest "mendalność".
Albo syf pod oknami bloków. Co trzeba mieć we łbie, żeby wyrzucać przez okno śmieci. W dodatku z wieżowca. Flaszki. Puszki. Chleb. Stare mięso. Kości. A ostatnio zobaczyłem pod blokiem dwie choinki. To taka nowa tradycja. Na rozmnożenie. Chrześcijaństwa. Dobra.
I "mendalność" właśnie.
Następnym razem o "patridiotyzmie".

niedziela, 3 lutego 2013

"za ciemną rzeką"

po tej stronie rzeki jest ciemno.
tu puchną pąki latarni.
wabią stada ciem.
o świcie stają się czarnymi dziurami.
zasysają w siebie myśl miłość słowo.
nie ucieknę. nie ma dnia.
słyszę wodę. paruje.
czerwone kwiaty wybuchają pod stopami.
słyszę parę. śpiewa.
blisko.

sobota, 2 lutego 2013

"w.e."

po tej stronie rzeki jest ciemno.
po tej stronie rzeki nazywam się walter egon.
przeszedłem a most runął.
zimna woda obmywa mi stopy. patrzę
w kipiel. blisko.